Urzędnicy: protest na Rynku Głównym jest już nielegalny

Data dodania: 2012-05-24 08:11:04 ▪ Ostatnia aktualizacja: 2012-05-24 12:36:07

Gazeta Krakowska

P. Rąpalski, M. Mazurek

Już czwarty dzień w Rynku Gł. stoją obskurne namioty, w których zamieszkali niezadowoleni z polityki miasta krakowianie. Demonstracja została zarejestrowana w magistracie, ale teraz urzędnicy szukają metody na jej rozwiązanie. - Ciężko będzie znaleźć na to legalny sposób - nie mają złudzeń prawnicy.

Pod pomnikiem Adama Mickiewicza stoi dziesięć namiotów. Protestuje Federacja Anarchistyczna, komitet obrony praw lokatorów, stowarzyszenia z Toń i Podgórek Tynieckich. Manifestujący mieszkają w namiotach. Lista ich postulatów jest długa.

Ale protestujący też nieźle się bawią. Grają w scrabble, słuchają muzyki, wyświetlają filmy, uczą się tańca z ogniem i prowadzą rozmowy o polityce miasta. Tymczasem samorządowcy głowią się, co zrobić, aby ich się pozbyć.

Wczoraj rano próbowali wykorzystać przepis mówiący o tym, że do legalnego zgromadzenie potrzeba co najmniej 15 protestujących. Skontrolowali "biwak", doliczając się pięciu uczestników. Uznali więc, że protest sam się rozwiązał.

- Bzdura. Było nas 19, ale większość z nas, przez wczesną porę, spała. Urzędnicy nie zajrzeli do namiotów - bronią się organizatorzy protestu. Filip Szatanik, zastępca dyrektora wydziału informacji UMK, odcina się od tych oskarżeń. - Nie mamy prawa zaglądać do namiotów. Zgromadzenie powinno przebiegać na otwartej przestrzeni - kontruje.

Urząd uznał więc manifestację za nielegalną. Zapowiada nałożenie kar i usunięcie namiotów.

Protestujący jednak pozostali na Rynku. - Nasza akcja trwa. Cały czas urzędnicy, policja i straż miejska szukają powodu, aby nas usunąć. Ale im się nie uda - mówi Graniwid Sikorski, organizator pikiety. - Będziemy tu do 28 maja, jak zgłaszaliśmy urzędnikom - kwituje. Ale protestujący sami dali też urzędnikom powód do bardziej zdecydowanego działania. Namalowali wielki transparent z napisem "Kraków to nie firma. Miasto to my", brudząc płytę Rynku. Farba przebiła się przez płótno i czarne litery pojawiły się na brukowej kostce.

Tomasz Popiołek, dyrektor wydziału spraw administracyjnych UMK, który wydał pozwolenie na użytkowanie placu, twierdzi, że protestujący mieli pozostawić po sobie porządek. - Jeśli nie doczyszczą się napisów, zostaną ukarani - zapowiada. I dodaje, że jeśli zgromadzenie zostanie uznane za nielegalne, protestujący będą musieli usunąć się z płyty Rynku. W przeciwnym wypadku zapłacą kary w wysokości ok. 500 zł za dzień. Dyrektor nie wyklucza też wezwania straży miejskiej do rozpędzenia biwakujących.

Manifestanci wczoraj szorowali więc płytę rynku szczotkami, mopami i wodą z płynem do mycia. - Schodzi, ale powoli. Doczyścimy to - zapewnia Piotrek, jeden z protestujących. Kiedy czyścił bruk, jego kolega przez megafon krzyczał. - Sprzątamy Kraków za urzędników, którym brakuje na to kasy, bo wszystko wydali na stadiony na Euro!

Dziś może dojść do pacyfikacji pikiety przez służby miejskie. Władze zapowiadają, że nie zezwolą na podobną sytuację w czasie Euro 2012. - Zajęcie płyty Rynku wymaga umowy z miastem. Nie podpiszemy jej w trakcie Euro - mówi Magdalena Sroka, zastępca prezydenta ds. kultury.- Oczywiście będą mogli się tam gromadzić, ale nie mieszkać.

Ale to, że manifestację uznano za nielegalną, problemu nie rozwiązuje, bo urzędnicy wyrazili wcześniej zgodę na zajęcie części płyty Rynku. - Teraz trzeba wypić to piwo - kwituje Krzysztof Bachmiński, adwokat i były wiceprezydent Krakowa. Sam zgody na taką pikietę by nie wydał. - Znalazłbym możliwości prawne, aby do niej nie dopuścić. Ale takich możliwości nie dostrzega inny adwokat, Lech Ławrowski. - Dopóki zgromadzenie nie zagraża bezpieczeństwu i tzw. moralności publicznej, nie można go zabronić - twierdzi. W podobnym tonie wypowiada się prof. Andrzej Zoll. - Wolność zgromadzeń to prawo demokracji. Nie można tego zabronić. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż protestującym się znudzi - kwituje.

Panie Wiaterek znowu porażka!

Krakus (gość), 25.05.12, 21:49:54

Panie Wiaterek znowu porażka! Kiedy Pan odejdzie i zaoszczędzi wstydu Krakowianom?

Czas na porzadki w naszym miescie
j (gość), 24.05.12, 11:02:25

fotograf chyba zapomniał sfotografować te "obskurne"?

A Wałęsa jeszcze nie doradził swoim ulubieńcom z PO, że .....
Bolek&Herr Donald (gość), 24.05.12, 10:34:38

trzeba ich spałować ? Najlepiej w sposób demokratyczny.

k (gość), 24.05.12, 10:09:30

To jest panstwo prawa - protest "sie rozwiazal" wiec trzeba natychmiast wpasc i nalozyc kary.

Oczywiście...
s. (gość), 24.05.12, 09:55:02

Ale opcji, żeby spełnić postulaty protestujących to nikt nawet nie rozważa?

Wyprowadzic czolgi i spacyfikowac
. (gość), 24.05.12, 09:28:29

Tylko na tyle stac urzedasow ???

tyle potrafią
.... (gość), 24.05.12, 10:08:18

Urzędnicy pokazują gdzie nas mają. Głęboko w d.... Do płacenia podatków w Krakowie to jesteśmy dobrzy, ale poza tym to najlepiej nas usunąć, po psujemy widok przeznaczony dla turystów. Kpina z mieszkańców!

Brawo dla protestujących

adam (gość), 24.05.12, 09:23:45

Wreszcie ktoś odważnie wystąpił przeciwko samowoli władz miasta. Kraków nie jest firmą! Dziś wpadnę do protestujących z wodą i ciepłym słowem!

"Oburzeni" okupują Rynek, urzędnicy naliczają kary

KONTROWERSJE. Urzędnicy chcą usunąć "oburzonych" z Rynku Głównego. Protestujący nie zamierzają się rozejść przed czasem.

Fot. Anna Kaczmarz

Dziennik PolskiAGNIESZKA MAJ

Coraz więcej osób bierze udział w trwającym od poniedziałku proteście na Rynku Głównym. Do organizacji lokatorskich i przeciwników spopielarni zwłok dołączyli wczoraj anarchiści i artyści. - Rozpoczęliśmy okupację Rynku Głównego. To pierwszy krok do odzyskania naszego miasta - ogłosił wczoraj Wojciech Goslar z Federacji Anarchistycznej.

Protestujący domagają się większego wpływu mieszkańców na decyzje podejmowane przez władze, lepszej polityki mieszkaniowej miasta, zaprzestania prywatyzacji edukacji i kultury, zwiększenia ochrony terenów zielonych, a także bezpłatnej komunikacji miejskiej. Ich zdaniem władze Krakowa są aroganckie, nie biorą pod uwagę interesów mieszkańców. - Dotychczas jedyną odpowiedzią władz na nasz głos protestu są próby delegalizacji zgromadzenia - mówi Wojciech Goslar.

"Oburzeni" otrzymali z magistratu zgodę na trwający przez tydzień protest. Kiedy jednak okazało się, że będą koczować w reprezentacyjnym punkcie miasta non stop, urzędnicy zaczęli szukać sposobu, by się ich pozbyć. W środę przedstawiciele magistratu próbowali rozwiązać protest pod pretekstem, że w miasteczku namiotowym przebywa mniej niż 15 osób, a w takim przypadku nie można mówić o zgromadzeniu.

Doliczyli się kilku osób, ale okazało się, że reszta śpi w namiotach. Kilka razy dziennie policjanci przychodzą teraz na Rynek i liczą uczestników. Kazali im zmywać farbę z hasłami z płyty Rynku Głównego. - Protest kończy się w poniedziałek o godz. 16 i do tego czasu nikt nas stąd nie usunie - zapowiada Graniwid Sikorski.

Według urzędników protest jest jednak nielegalny. - Została wydana decyzja o rozwiązaniu zgromadzenia, ponieważ uczestniczyło w nim za mało osób - mówi Filip Szatanik, rzecznik magistratu.

W środę wieczorem do "oburzonych" przyjechała policja. - Kiedy jednak pokazaliśmy funkcjonariuszom pismo, że odwołaliśmy się od decyzji urzędu, uznali, że nie mają podstaw, aby nas usuwać - mówi Barbara Łopacińska. Protestujący opowiadają, że co jakiś czas są kontrolowani na różne sposoby. - Po kryjomu robią nawet zdjęcia w namiotach - mówi Barbara Łopacińska.

"Oburzeni" zapewniają, że mają opinie prawne potwierdzające legalność ich protestu. - Nie damy się usunąć siłą - mówi Marzena Smolna z Federacji Anarchistycznej.

Wczoraj urzędnicy przez cały dzień zastanawiali się, w jaki sposób interweniować. - Nie dopuścimy do delegalizacji zgromadzenia. To przykre, że władze miasta nie chcą z nami podjąć dialogu, tylko próbują nas rozpędzić - mówi Wojciech Goslar. Koczujący na Rynku podkreślają, że mają prawo do protestu. - Publiczne wyrażanie swojego zdania było zabronione w dawnych czasach. Teraz mamy demokrację - dodaje Barbara Łopacińska.

Wczoraj do protestujących dołączyli też artyści, wieczorem razem śpiewają piosenki. Z miasteczka namiotowego zniknęli natomiast przedstawiciele stowarzyszenia mieszkańców z Toń. - Oni nie są za ochroną zieleni, tylko wręcz przeciwnie. Dlatego podczas głosowania zdecydowaliśmy, że nie będą brali udział w naszym proteście - mówi jeden z anarchistów.

Do protestu włączyło się także stowarzyszenie rodziców, które nie zgadza się na prywatyzację MDK-ów i przekształcanie szkół w niepubliczne. Na jeden dzień do grona oburzonych dołaczyli arstyści, który protestowali w ramach ogólnopolskiej akcji przeciwko obniżaniu się jakości ich życia.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi.

Trwa protest na krakowskim Rynku

Data dodania: 2012-05-22 19:19:13 ▪ Ostatnia aktualizacja: 2012-05-22 20:45:22

Gazeta Krakowska

Ewa Sas

Od poniedziałku krakowski Rynek stał się jednym wielkim biwakiem. W pobliżu pomnika Adama Mickiewicza rozstawione zostały namioty. Przez najbliższy tydzień koczować w nich będą nie zgadzający się z polityką miasta i rządu mieszkańcy Krakowa.

Trwa protest na krakowskim Rynku [ZDJĘCIA]

(© Anna Kaczmarz)

Protest na Rynku Głównym: najnowsze zdjęcia
Wśród protestujących znaleźli się między innymi przeciwnicy spopielarni zwłok w Podgórkach Tynieckich, lokatorzy kamienic komunalnych czy anarchiści.

Na Rynku Głównym urządzili sobie lokum. Mają tam karimaty, krzesła i leżaki. Dokumenty dotyczące protestu wpłynęły do Urzędu Miasta w terminie, lecz wątpliwości urzędników wzbudza tygodniowa okupacja centralnego miejsca Krakowa.

popieram

gosc (gość), 24.05.12, 09:49:18

brawo popieram w pelni

Trwa protest na krakowskim Rynku
feniks (gość), 23.05.12, 11:22:34

TO SKANDAL ABY MIASTO DOPŁACAŁO DO INWESTYCJI WŁAŚCICIELI KAMIENIC A TYM SAMYM DO PODWYŻSZANIA CZYNSZU DO WYSOKOŚCI ABSURDALNYCH. MIASTO PRZYCZYNIA SIĘ DO ZWIĘKSZANIA ILOŚCI LUDZI BEZDOMNYCH !
SPRAWA NADAJE SIĘ DO NIK - SĄ TO PIENIĄDZE PODATNIKÓW.
DLATEGO POPIERAM WAS , WALCZYCIE W SŁUSZNEJ SPRAWIE !!!!!

feniks (gość), 22.05.12, 22:00:22

Popieram wasz protest !!!!
TO CO DZIEJE SIĘ Z LOKATORAMI PRYWATNYCH KAMIENIC PRZYPOMINA "EKSTERMINACJĘ" LUDZI STARSZYCH , BEZROBOTNYCH I CHORYCH !
SĘDZIOWIE ,LOBYŚCI BĘDZIECIE ODPOWIADAĆ ZA WASZE CZYNY JAK W REWOLUCJI FRANCUSKIEJ .BO WIERZĘ ŻE TEN CZAS NADEJDZIE .

jest podpis (gość), 22.05.12, 20:42:06

Każdy ma prawo protestowac tam, gdzie mu się podoba. Każdy ma prawo wyrażać co go boli w taki sposób, jaki uważa za stosowny. A taka forma, jaką widzimy, to najwyraźniej oznaka bezradności. Przypuszczam, że ci ludzie wykorzystali każdy mozliwy sposób, zeby załatwić swoją sprawę. Zamiast sie przejmować 'co powie sąsiad i turysta' zacznij się interesować czego ci ludzie chcą, o co im chodzi i może zobaczysz, ze w sa sprawy godne zainteresowania i obywatelskich postaw.

Spopielarni mówią - "Nie"

KONTROWERSJE. Przeciwnicy budowy spopielarni zwłok w Podgórkach Tynieckich będą przez tydzień protestować przeciwko tej inwestycji w miasteczku namiotowym na Rynku Głównym

Protestujący zamierzają także spać w namiotach na Rynku Fot. Anna Kaczmarz

Dziennik PolskiAGNIESZKA MAJ

Od wczoraj przeciwnicy budowy spopielarni protestują w miasteczku namiotowym na na Rynku Głównym. Rozdają ulotki, także w języku angielskim, pokazują zdjęcia obszaru Natura 2000, który został zaorany, a część krzewów wycięto.

Dołączyły do nich organizacje lokatorskie i mieszkańcy Toń, którzy nie zgadzają się na plan zagospodarowania dla tego terenu. - Wszyscy protestujemy przeciwko lekceważeniu głosu mieszkańców Krakowa przez prezydenta miasta Jacka Majchrowskiego we wszystkich sprawach, zarówno mieszkaniowych, oświatowych, podatkowych i innych. Nie zgadzamy się na dalszą arogancję władzy i ignorowanie społeczeństwa - mówi Barbara Łopacińska ze Stowarzyszenia "Nasza Mała Ojczyzna Kraków-Sidzina Podgórki Tynieckie".

Mieszkańcom nie podoba się to, że urzędnicy do tej pory nie uznali ich jako strony przy wydawaniu pozwolenia na budowę. - To dlatego, że formalnie to postępowanie jeszcze się nie zaczęło - tłumaczy Jerzy Marcinko, dyrektor Wydziału Inwestycji Urzędu Miasta.

Pozwolenie na budowę ma zostać wydane w ciągu najbliższych miesięcy. - Nie chcemy do tego dopuścić - mówi Barbara Łopacińska.

Spalarnia ma powstać na cmentarzu w Podgórkach Tynieckich. - Pod jego budowę ma zostać wycięte 5 ha lasu. To straszne zniszczenia dla przyrody - mówi Barbara Łopacińska. Inwestycja ma rozpocząć się w sierpniu tego roku, a zakończyć w 2013 r.

Zdaniem protestujących spalarnia zaszkodzi obszarowi Natura 2000, gdzie znajdują się siedliska chronionego motyla modraszka. Skierowali w tej sprawie skargę do Komisji Europejskiej i napisali petycję do Parlamentu Europejskiego.

Urzędnicy tłumaczą, że spalarnia jest nieszkodliwa dla środowiska i nie doszło do żadnych zniszczeń przyrody. - Na potrzeby pomiarów geodezyjnych wykoszona została tylko trawa. Taka metoda jest zresztą zalecana przez naukowców dla ochrony tych łąk - mówi dyr. Jerzy Marcinko.

Urzędnicy czekają teraz na decyzję Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, czy potrzebny jest raport oddziaływania na środowisko dla tej inwestycji. Jeśli okaże się, że tak, to rozpoczęcie budowy może się opóźnić o kilka miesięcy. - Na pewno jednak nic już jej nie wstrzyma - mówi dyr. Marcinko.

W spopielarni będą funkcjonowały dwa piece, w których może dokonywać się 16 kremacji na dobę. Inwestycja ma powstać w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Wybrane w przetargu konsorcjum z Łodzi i Włoch zainwestuje 25 mln zł i przez 30 lat będzie zarabiało na opłatach. Przygotowania do tej inwestycji trwają od 1993 roku.

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi.

Jestem z pokolenia, które dorastało w okresie Solidarności

krakowrazam

partycypacja
Piątek, 23 Grudzień 2011 14:27

Jakub Bartłomiejski rozmowa z Mirosławem Gilarskim, byłym wiceprezesem PiS w Krakowie, obecnie radnym niezależnym.

J.B.    6 grudnia został pan wykluczony z klubu PiS w Radzie Miasta i usunięty z partii. Dlaczego św. Mikołaj przyniósł panu w tym roku rózgę?

M.G.    Niestety trudno mi traktować to co się wydarzyło w tak lekki sposób. Z Prawem i Sprawiedliwością byłem związany od samego początku istnienia tej partii. W budowę jej struktur i programu włożyłem sporo pracy.


Niestety, bezpardonowo usunięto mnie z niej bez możliwości jakiejkolwiek obrony i bez podania zarzutów. Nie mogłem się też odwołać, gdyż nie dostałem tej decyzji na piśmie.

Podpisał się pan pod listem otwartym krytykującym władze partii. Po czymś takim chyba było pewne, że jego sygnatariusze poniosą konsekwencje.

Nie można było nie wystąpić w obronie bezpodstawnie wyrzucanych z partii kolegów. Zbyszek Ziobro to polityk, który jest ikoną PiS, człowiek dzięki któremu tej partii udało się w 2005 roku wygrać wybory. W regionie krakowskim to cały czas najbardziej popularny z polityków. Jeżeli taka osoba, po przegranych wyborach chce rozliczyć nieudaną kampanię wyborczą i wyciągnąć z niej wnioski na przyszłość to jest to działanie jak najbardziej prawidłowe. Po przesileniu, a takim zawsze jest kampania wyborcza, powinien nastąpić okres reorganizacji. W grupach dobrze zarządzanych, w takich momentach, lider wręcz zachęca do oddolnych inicjatyw widząc w tym twórczy potencjał. Niestety w PiS brutalnie stłumiono wszelkie próby reform. Takie działanie to poważny błąd w zarządzaniu. Dodać należy, że wynik wyborczy PiS w Krakowie pozostawiał wiele do życzenia. Partia uzyskała o ponad 36 tysięcy głosów mniej niż cztery lata temu, a lider listy, pan Andrzej Duda, zdobywając zaledwie 79 tysięcy głosów, nie uzyskał nawet połowy tej ilości, jaką miał w 2007 roku Zbyszek Ziobro, którego poparło ponad 164 tysięcy osób.

Dlatego postanowił Pan wraz z innymi radnymi, że łaskawie pozwolicie się wyrzucić. Tak to odbieram, bo przecież można było wyrazić swój sprzeciw bez całej medialnej wrzawy.

Komunikacja wewnątrz partii praktycznie przestała funkcjonować. Gdyby była możliwa „droga wewnętrzna” na pewno byśmy z niej skorzystali. Wynika to z istoty konfliktu, którym jest ostra rywalizacja międzypokoleniowa. Młodsi są blokowani przez starszych. W tym właśnie upatruję prawdziwych przyczyn usunięcia z partii Ziobry, Kurskiego, Mularczyka i wielu innych. Prawo i Sprawiedliwość przegrało kolejne wybory, zmniejszając swój polityczny stan posiadania. Starsi politycy, zamiast mocniej pracować na lepszy wyborczy wynik eliminują konkurentów ze średniego i młodszego pokolenia. To dla nich o wiele łatwiejsze, ale partii poważnie szkodzi.

Czyli konflikt, który narastał wokół Pana osoby też miał podłoże pokoleniowe. Kilka tygodni temu odwołano pana z funkcji wiceszefa klubu PiS, jak to argumentowano?

Do dzisiaj nie poznałem powodu mojego odwołania, które odbyło się pod moją nieobecność. Jednak wypychanie mnie z partii rozpoczęło się zaraz po wyborach samorządowych w 2010 roku. Uzyskałem bardzo duże poparcie, prawie 5 tys. osób zaufało mi. Zebrałem ponownie ponad tysiąc głosów więcej w swoim okręgu niż startujący w nim również prof. Jacek Majchrowski. Pełniłem funkcję zastępcy szefa okręgu PiS w Krakowie. Występowałem w obronie terenów zielonych, rozbudowy komunikacji miejskiej, w sprawie szkół, przedszkoli, żłobków, działałem na polu sportowym i kontaktów z Polakami na Wschodzie... to wszystko widocznie spowodowało, że stałem się zagrożeniem dla polityków starszego pokolenia. Prawdopodobnie uznali, że mogę być liczącym się konkurentem w wyborach parlamentarnych 2011 i postanowiono mnie wypchnąć z partii.

Co konkretnie zrobiono?

Pretekstem było glosowanie nad udzieleniem prezydentowi absolutorium za wykonanie zeszłorocznego budżetu. W tego typu głosowaniach zwykle obowiązuje dyscyplina klubowa. Podczas drugiego z głosowań miałem awarię sprzętu elektronicznego i na tablicy zamiast „wstrzymał się” wyświetlił się napis „obecny”. W kontekście głosowania rzecz zupełnie nieistotna. Jednak kilka dni później, powołano komisję dyscyplinarną w celu zbadania złamania dyscypliny klubowej. Nie czekając na moje wyjaśnienia i rozstrzygnięcie komisji radny Kosior napisał donos na mnie do szefa Okręgu, posła Adamczyka. Wydał przy tym już na mnie wyrok „skazujący”, twierdząc że ewidentnie złamałem dyscyplinę klubową. Pismo to stało się pretekstem umożliwiającym przesunięcie mnie na odległe miejsce na liście wyborczej. Natomiast miejsce 6, które przysługiwało mi jako wiceprzewodniczącemu PiS w Krakowie zajął autor donosu. Komisja dyscyplinarna po raz pierwszy zebrała się dopiero po wyborach i wynik jej ustaleń był dla mnie korzystny.

Dlaczego się pan nie bronił, dlaczego posłowie się na to zgodzili?

Broniłem się i wyjaśniałem, jednak nikt nie chciał słuchać moich wyjaśnień, gdyż „wola polityczna” była taka, abym startował z jak najniższej pozycji. Radny Kosior, przy całym szacunku dla jego zasług jako działacza Akcji Katolickiej, nie miał najmniejszych szans aby uzyskać mandat i zagrozić powtórnej elekcji posłów. Nawet 6 miejsce na liście nie było w stanie mu w tym pomóc. Obecnie radny Kosior, został szefem klubu przy akceptacji i poparciu posła Adamczyka i Terleckiego. Trudno tego nie traktować inaczej jak tylko jako nagrodę za bezpodstawny donos, który pozwolił sprawne wyeliminować mnie z gry o mandat.

To atak starszyzny na średnie pokolenie?

W dodatku nie pierwszy. W poprzedniej kadencji Rady Miasta w taki lub podobny sposób wypychano z partii i klubu m.in. Krzysztofa Sułowskiego, Dariusza Olszówkę czy Jakuba Batora. Również wtedy tzw. „materiały dowodowe” gromadził pan Kosior. Jak widać ma w tym doświadczenie.

Taki mechanizm zadziałał też na poziomie centralnym w stosunku do Zbyszka Ziobry i reszty ziobrystów. Starsi czują się zagrożeni i bronią w ten sposób swoich wpływów w partii. Oczywiście jest to fatalne w skutkach dla poziomu życia politycznego w Polsce. Młodsze pokolenia są dużo lepiej wykształcone, lepiej rozumieją współczesny świat, maja lepszy kontakt poprzez media z wyborcami. Polityka uprawiana przez czterdziestolatków jest pragmatyczna i skuteczna, podczas gdy polityka w wydaniu sześćdziesięciolatków, a mniej więcej taka jest średnia wieku w klubie radnych PiS, to już w zasadzie tylko bazowanie na społecznych emocjach.

Warto jest się buntować?

Na bilans zysków i strat o wiele za wcześnie. Jednak już dziś mogę powiedzieć, że warto nie dać sobą manipulować, warto walczyć o swoje i przede wszystkim warto nie dać sobie łamać kręgosłupa moralnego. Chciano byśmy biernie patrzyli jak władze partii poniżają polityków, którzy chcieli ją zreformować. Chciano byśmy na żądanie odwrócili się od naszych kolegów. Może takie zachowanie to standard w pokoleniu wychowanym w PRL-u, ale dla mnie, duch „homo sovieticus” jest już obcy. Jestem z pokolenia, które dorastało w latach 80`. Gdy kończył się komunizm, ja kończyłem 18 lat. Dlatego jest mi tak bliskie pojęcie solidarności, tej zwykłej, międzyludzkiej, pisanej przez małe „s”.

Co pan teraz planuje? Według corocznych rankingów Gazety Krakowskiej za każdym razem był Pan w pierwszej trójce najlepszych krakowskich radnych. Czy będąc poza partią można dalej skutecznie pracować dla miasta?

Ostatnio Rada Miasta stała się bardzo upolityczniona. Wielu inicjatyw nie mogłem zrealizować, a przyczyną tego był ostry konflikt pomiędzy głównymi partiami. Niestety, Kraków stoi na krawędzi bankructwa i w mojej opinii jest fatalnie zarządzany. Wymaga to poważnych i gruntownych zmian. Od kilku lat głośno o tym mówiłem, alarmowałem. Można sięgnąć do moich artykułów z lat poprzednich - Jak PO z prezydentem Majchrowskim miasto zadłużyli lub Na złość prezydentowi odmrożą sobie uszy. Niestety moje ostrzeżenia bagatelizowano. Dziś gdy widmo katastrofy finansowej jest bliższe niżby mogło się wielu wydawać, musimy jako radni wymóc na prezydencie zmianę sposobu zarządzania miastem. Mam w tej dziedzinie dość istotne propozycje. Częściowo zawarłem je w programie, z którym PiS szedł do wyborów samorządowych w 2010 roku. Byłem autorem najważniejszego rozdziału, dotyczącego właśnie zarządzania miastem. Mam też doświadczenie zdobyte w komisjach rewizyjnej i budżetowej. Teraz sprawy partyjne muszą odejść na plan dalszy. Miasto jest najważniejsze.

Dziękuję za rozmowę.

Rozumiem Zbigniewa Ziobro, sam przeżywam coś podobnego

Dziennik Polski

Rozmowa z MIROSŁAWEM GILARSKIM, wiceprezesem PiS w Krakowie

38d5a7e27c421865ddab4843a2a03e6c_1320812073.jpg

Fot. Anna Kaczmarz

- W poniedziałek został Pan odwołany z funkcji wiceprzewodniczącego w klubie PiS Rady Miasta. Jakie było uzasadnienie?

- Nic mi nie wiadomo o uzasadnieniu, nikt ze mną na ten temat nie rozmawiał.

- W klubie PiS powołano komisję dyscyplinarną, która miała zająć się sprawą złamania dyscypliny klubowej przez Pana.

- Komisja została powołana na wniosek radnego Bolesława Kosiora 4 lipca, na posiedzeniu klubu. Zarzut był taki, że złamałem dyscyplinę w głosowaniu w sprawie absolutorium.

- Pan przyznaje się do tego zarzutu?

- Na posiedzeniu komisji budżetowej głosowałem przeciwko absolutorium. Potem klub uznał, że wstrzymujemy się w tej sprawie. W czasie sesji były dwa głosowania, pierwsze dotyczyło przyjęcia sprawozdania z wykonania budżetu - wtedy wstrzymałem się, a drugie dotyczyło udzielenia absolutorium. W czasie tego drugiego głosowania miałem awarię sprzętu. Siedzący obok mnie Andrzej Duda potwierdził to. W wyniku tej awarii na wydruku pojawiło się zamiast "wstrzymuję się" "obecny". To zresztą nie miało żadnego wpływu na wynik głosowania - efekt był taki sam.

- Sugeruje Pan, że głosowanie to tylko pretekst?

- Tak, myślę, że to tylko pretekst, bo tę sprawę można było szybko wyjaśnić na posiedzeniu klubowym. Myślę, że ten pretekst był potrzebny po to, aby przyznać mi gorsze miejsce na liście do Sejmu. Jestem wiceprzewodniczącym krakowskich struktur partii, wiceprzewodniczącym klubu, a dostałem dopiero 12 miejsce na liście, najgorsze pośród pięciu krakowskich radnych, którzy startowali w wyborach. Liczyłem na szóste.

- Jest już po wyborach, ale Pana sprawa się nie zakończyła.

- Po poniedziałkowym wydarzeniu widzę, że wszystko idzie w tym kierunku, aby wyrzucić mnie z PiS-u. Nie jestem już wiceprzewodniczącym klubu, nie będę zasiadał w Komisji Głównej. Bolesław Kosior tuż po powołaniu komisji dyscyplinarnej wysłał pismo do prezesa krakowskiego PiS Andrzeja Adamczyka z informacją, że złamałem dyscyplinę. Już wtedy więc wydał na mnie wyrok.

- Dlaczego koledzy mieliby Pana wyrzucić z PiS?

- Myślę, że więcej na ten temat może powiedzieć pan Bolesław Kosior czy pan Józef Pilch, który wnioskował o moje odwołanie. Mam podejrzenia, że chodzi o to, że bardzo krytykowałem współpracę radnych PiS z prezydentem Jackiem Majchrowskim, to nie podobało się innym. To zresztą widać już od dawna, że im przeszkadzam. Żadna z moich poprawek które zgłosiłem do budżetu nie znalazła się w poprawce klubowej PiS. Kiedy w lipcu zgłosiłem propozycję obniżenia stawki godzinowej za przedszkola, nie poparł mnie nikt w klubie, a dwa miesiące później podobną propozycję zgłosił klub PO i ją przegłosował.

- Czuje się Pan jak Zbigniew Ziobro?

- Rozumiem jego sytuację, bo myślę, że przeżywam coś podobnego na lokalnym poziomie. Mam wrażenie, że ci najmłodsi członkowie klubu PiS byli od dawna z niego wypychani. W poprzedniej kadencji dotknęło to m.in. Krzysztofa Sułowskiego, Dariusza Olszówkę i Jakuba Batora. Myślę, że na to nakłada się więc także konflikt pokoleń. Jeśli ja i Agata Tatara znajdziemy się poza klubem PiS to nie będzie tam już żadnych osób poniżej czterdziestki. W krakowskim PiS zaczął dominować pan Ryszard Terlecki i osoby z nim związane, takie jak Bolesław Kosior.

Urny pozostałość kultów pogańskich

Episkopat o kremacji zwłok: urny to pozostałość kultur pogańskich. Część księży protestuje

2011-10-19, Aktualizacja: 2011-10-21 08:06

Polska Gazeta Krakowska M. Stokłosa, P. Korbut

Najlepiej, by chrześcijanie grzebali swoich bliskich w ziemi, zaś urny to pozostałość kultur pogańskich. A msza święta może być odprawiona nad urną tylko w wyjątkowych przypadkach - takie oświadczenie episkopatu zniechęcające wiernych do kremacji wywołało spore zamieszanie. Nie zgadza się bowiem z tym część duchownych. 13 listopada wierni usłyszą w kościołach list pasterski w tej sprawie.

Co piąty zmarły w Krakowie jest skremowany. Jeszcze 30 lat temu było to zaledwie 0,3 proc. (© fot. archiwum)

- Po tym poznajemy początek chrześcijaństwa w Polsce, że kończą się urny, a zaczynają groby - mówił Stanisław Gądecki, wiceprzewodniczący Konferencji Episkopatu Polski na zebraniu Konferencji w Przemyślu. - Pochówek prochów jest odpowiedzią na smutną konieczność nowego czasu - dodał ksiądz. Jego zdaniem Polacy idą za modą z Zachodu i stąd wzrost popularności kremacji.


Jak podkreślił abp Gądecki, normalną formą pogrzebu jest pochówek ciała, bo tak był pochowany Chrystus. Episkopat nie planuje zabronić kremacji, ale chce wyjaśnić, że mszę przy urnie dopuszcza się tylko w dwóch przypadkach. Pierwszy to sytuacja, gdy śmierć nastąpiła za granicą. Drugi gdy na pogrzeb przyjeżdża rodzina z daleka. Wtedy trudno byłoby im uczestniczyć najpierw w mszy nad ciałem, a po kilku dniach w pochówku skremowanych zwłok.

W pozostałych sytuacjach zasada jest jedna - najpierw msza święta, a dopiero później kremacja i złożenie urny na cmentarzu.

Szczegóły stanowiska biskupów w tej sprawie ma przybliżyć list episkopatu, który 13 listopada zostanie odczytany w kościołach. O jego treść zapytaliśmy ks. Józefa Klocha, rzecznika Konferencji Episkopatu. - Nie mamy zwyczaju ujawniania treści z wyprzedzeniem - mówi ksiądz.

Stanowisko abp. Gądeckiego łagodzi biskup Tadeusz Pieronek. Mówi, że uregulowanie kwestii kremacji było potrzebne, ale przypomina, iż spopielanie zwłok jest dozwolone przez Kościół już od lat 60. XX wieku.

- Kremację dopuścił Sobór Watykański II - wyjaśnia bp Pieronek. - Jest ona zakazana tylko wtedy, gdy jest wyrazem nienawiści do wiary lub niewiary w zmartwychwstanie - mówi biskup Pieronek. Jego zdaniem episkopatowi chodzi tutaj raczej o podtrzymanie tradycji. - Uważam, że chodzi tu o zwyczaj, ale kiedy nie ma możliwości pochowania ciała, nie robiłbym z tego problemu. Sam odprawiałem msze przy urnie - dodaje biskup.

Inni księża wypowiadają się w tej kwestii bardziej zdecydowanie. - Już piętnaście lat temu odprawiałem msze przy urnie i ani ja, ani proboszcz nie mieliśmy z tym żadnego problemu - mówi jeden z krakowskich księży, który zastrzega sobie anonimowość. - Nie zamierzam dyskutować ze swoimi przełożonymi, ale swoje zdanie mam - ucina ksiądz.

To, że episkopat zniechęca do kremacji, może nie tylko spowodować, że na cmentarzach zabraknie miejsc. Rodziny, które muszą urządzić pogrzeb, odczują bowiem różnicę na własnej kieszeni. Na cmentarzach komunalnych w Krakowie za miejsce na grób trzeba zapłacić 11 tys. 484 zł, zaś za niszę na urnę - tylko 2 tys. 838 zł. Urna kosztuje od 450 zł, zaś najtańsza trumna to wydatek rzędu 2 tys. zł. W Małopolsce koszty kremacji rosną przede wszystkim dlatego, że na miejscu nie ma spopielarni. Trzeba transportować ciało do spopielarni w Dąbrowie Górniczej. To sprawia, że koszt pogrzebu i kremacji dochodzi do 4 tys. zł. Samo spopielenie zwłok to koszt około 600 zł.

- Teraz w Krakowie około dwadzieścia procent zmarłych jest skremowanych. Jeszcze trzydzieści lat temu to było zaledwie trzy dziesiąte procenta... - ocenia Zbigniew Baran, właściciel firmy "Karawan".

Kościół preferuje pochówek ciała


Ks. dr Józef Kloch, rzecznik Konferencji Episkopatu Polski:
Problem pojawił się z powodu wzrostu popularności kremacji, formy dotychczas w Polsce mało znanej. Chrześcijaństwo jest za grzebaniem ciała, bo otaczamy je wielkim szacunkiem. W ciele przyszedł na świat Jezus Chrystus, umarł i w tym ciele zmartwychwstał. Zgodnie z wiarą my też w ciele zmartwychwstaniemy, choć będzie ono już trochę inne. W Kościele rzymskokatolickim jest zasada, że msza odbywa się nad ciałem zmarłego. W dwóch wyjątkach wymienionych przez abp. Gądeckiego zawiera się niemal wszystko. Na ostatnim zebraniu planarnym biskupi wyszli naprzeciw wiernym jasno precyzując, w jakich przypadkach możliwa jest msza pogrzebowa przy urnie z prochami. Znane mi dokumenty nic nie mówią o potrzebie dostarczania dowodów, że np. rodzina jest z daleka i nie może przyjechać drugi raz. Wystarczy to zasygnalizować księdzu. (ma)

Nie ma zgody władz na spopielarnię

LIMANOWA. Gmina nie wydała zezwolenia na budowę krematorium. Inwestor zapowiada, że będzie się odwoływać do wojewody, a nawet do sądu.

Inwestor wybudował już obok cmentarza zakład pogrzebowy. Spopielarnię zwłok chce postawić za budynkiem zakładu. Fot. Izabela Frączek

Dziennik PolskiIZABELA FRĄCZEK

- Jeden-zero dla nas! - cieszy się Andrzej Kosecki z Limanowej na wieść o tym, że prywatni przedsiębiorcy Jan i Beata Pałka, którzy chcą postawić w sąsiedztwie jego działki spopielarnię zwłok, nie otrzymali pozwolenia na budowę.

- Zainwestowaliśmy zbyt dużo pieniędzy, żeby się teraz wycofać, będziemy walczyć do skutku - zapowiada Jan Pałka. Przedsiębiorca buduje zakład pogrzebowy w sąsiedztwie cmentarza komunalnego w Limanowej. W lutym wystąpił do Starosty Limanowskiego z wnioskiem o zmianę pozwolenia na budowę, by w miejsce planowanego budynku gospodarczego postawić krematorium. Wzburzyło to właścicieli sąsiadujących z inwestycją działek. Obawiają się, że spopielarnia obniży wartość ich ziemi, i tak już mało atrakcyjnej z powodu sąsiedztwa cmentarza.

- Nie przeszkadza nam sama spopielarnia, tylko jej lokalizacja - podkreślała Maria Krupińska-Kosecka. - Takie inwestycje powinny być w dyskretnym miejscu, a nie kilka minut spacerem od limanowskiego rynku. Sąsiedzi spopielarni zdobyli m.in. informację, że inwestycja ma być realizowana również na gruntach dzierżawionych od Urzędu Miasta Limanowa (np. miejsca parkingowe, mur oporowy). Poinformowali o tym Starostwo Powiatowe. - To zaważyło na odmownej decyzji - podejrzewa Kosecki.

Jan Pałka potwierdza, że problemem jest długi na około 60 metrów fragment opadającej od strony cmentarza skarpy, którą dzierżawi od miasta. - Władze Limanowej nie godzą się na budowę na swoim terenie - rozkłada ręce. Od decyzji starosty może się odwołać do wojewody Małopolski. - Nie wiem, jaką drogę wybiorę. Możę zrezygnuję z dzierżawy i zmienię projekt. Może się odwołam. Jak wojewoda nie pomoże, pójdę do sądu administracyjnego.

Mówi Wacław Zoń, zastępca burmistrza Limanowej: Rzeczywiście, nie wyraziliśmy zgody na inwestycję na miejskim terenie, a według umowy dzierżawy inwestor nie miał prawa sam podejmować żadnych działań. Umowa nie dotyczyła bowiem dzierżawy na cele inwestycyjne - taka wymaga przetargu. Można to porównać do sytuacji, kiedy wynajmujemy komuś teren na piknik, a ten ktoś nagle buduje na nim parking bez naszej wiedzy.

Spopielarnia zwłok bez konsultacji społecznych

LIMANOWA. Budowę spopielarni przy cmentarzu komunalnym dopuszcza plan zagospodarowania przestrzennego.

Wydanie pozwolenia na budowę spopielarni zwłok, nie przewiduje konsultacji społecznych - wynika z prawa budowlnego. Mieszkańcy Limanowej, którzy są przeciwni inwestycji, nie mają więc nic do powiedzenia w tej sprawie. Prywatny inwestor, który buduje przy cmentarzu komunalnym w Limanowej zakład pogrzebowy, złożył do starostwa wniosek o zmianę pozwolenia na budowę. W miejsce jednego z budynków, chce postawić spopielarnię. - Plan zagospodarowania dopuszcza w tym miejscu spopielarnię - mówi Wacław Zoń,wiceburmistrz Limanowej. - Inwestycja nie wymaga też raportu oddziaływania na środowisko. Gdyby decyzja środowiskowa była konieczna, odbyłyby się konsultacje z mieszkańcami.

Nie ma zgody sąsiadów na spopielarnię zwłok

LIMANOWA. Przedsiębiorcy chcą wybudować krematorium obok postawionego już zakładu pogrzebowego. Sąsiedzi sprzeciwiają się lokalizacji.

- Zgodziliśmy się na zakład pogrzebowy w sąsiedztwie, a nie na krematorium! - oburzają się państwo Koseccy z Limanowej.

W ubiegły czwartek dowiedzieli się, że prywatni przedsiębiorcy Jan i Beata Pałka, którzy budują w sąsiedztwie ich działki zakład pogrzebowy, wystąpili do Starostwa Powiatowego w Limanowej o zmianę pozwolenia na budowę. Zamiast budynku gospodarczo-garażowego chcą postawić spopielarnię zwłok.

- Nie przeszkadza nam sama spopielarnia, tylko jej lokalizacja - wyjaśnia Maria Krupińska-Kosecka. - Takie inwestycje powinny być lokalizowane na odludziu, w dyskretnym miejscu, a to przecież teren graniczący z cmentarzem komunalnym. Zaledwie kilka minut spacerem od limanowskiego rynku.

Kobieta zauważa, że w bliskim sąsiedztwie znajduje się Limanowski Dom Kultury, gdzie odbywa się większość imprez, a nieopodal biegnie też ścieżka zdrowia.

- Spopielarnia zwłok w Rudzie Śląskiej znajduje się na odludziu - twierdzi Teresa Krupińska, która przez wiele lat mieszkała w Gliwicach. - Wiem z relacji znajomych z Rudy, że smród w okolicy tego obiektu jest ogromny.

W bezpośrednim sąsiedztwie planowanej spopielarni działkę ma również Stanisława Franczyk. Ze wspólnikiem zamierza wybudować tam prywatną szkołę. Od lat mają pozwolenie na budowę. Nie wyobrażają sobie krematorium stojącego w pobliżu. - Jako właściciele sąsiadujących działek napisaliśmy już do starostwa, że nie zgadzamy się na spopielarnię, ale czy to pomoże - zastanawia się Andrzej Kosecki. - Dlatego wszyscy mieszkańcy miasta muszą się dowiedzieć o tych planach, zanim będzie za późno. Moim zdaniem takie inwestycje powinny być poprzedzone referendum.

Wacław Zoń, wiceburmistrz Limanowej potwierdza, że Urząd Miasta jako właściciel cmentarza komunalnego, został powiadomiony o planach budowy spopielarni.

- To działka starostwa, my nie mamy wpływu na wydanie pozwolenia na budowę - zastrzega Zoń. Podkreśla jednak, że miasto sprawdzi, czy zapisy miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego dopuszczają budowę krematorium w planowanym miejscu. Jeśli nie, inwestor musi złożyć wniosek o zmianę planu, a decyzję w tym zakresie podejmuje Rada Miasta.

Jan Pałka, inwestor, odmawia komentarzy. - Jest za wcześnie, by mówić o inwestycji i rozwiewać wątpliwości mieszkańców. Wypowiem się, kiedy będę miał w rękach pozwolenie na budowę - zapowiada.

Izabela Frączek

Zaskakująca decyzja inwestora. Bochnia nie będzie miała spopielarni zwłok.

KONTROWERSJE. Grzegorz Nowak, przedsiębiorca pogrzebowy, który chciał uruchomić w mieście spopielarnię zwłok, wycofał się z inwestycji.

Przedsiębiorca zrobił to pod wpływem społecznych protestów, mimo że prawnie nie było żadnych przeszkód do otwarcia tego zakładu. Decyzję podjął po konsultacji z prawnikami zajmującymi się tego typu sprawami.

Niespodziewane (jeszcze dzień wcześniej zapewniali, że zakład otworzą) stanowisko właścicieli zakładu pogrzebowego ucieszyło mieszkańców ulicy Wodociągowej w Bochni. Właśnie przy niej, w budynku działającej już stolarni, planowany był zakład. - Teraz możemy spokojnie spać, nie ukrywam, że kamień spadł nam z serca - powiedziała nam Bożena Misiura, której dom stoi najbliżej stolarni.

W czwartek cała jej rodzina przyszła pod magistrat by protestować przeciwko inwestycji. Oprócz nich było też kilkadziesiąt innych osób. O tym, że problemu już nie ma, dowiedzieli się od przedstawicieli miasta. - Właśnie dostaliśmy pismo od pana Nowaka, w którym wycofuje się z otwarcia spopielarni zwłok - poinformował protestujących Stefan Kolawiński, burmistrz Bochni.

Jednocześnie zapewnił, że przedsiębiorca nie interesował się żadną inną działką na terenie solnego grodu, na której mógłby uruchomić tego typu działalność.

- Dziękujemy mu za tę decyzję i uszanowanie naszych postulatów - podsumował Krzysztof Pławecki, bocheński radny, prywatnie mieszkaniec osiedla, na którym planowana była spopielarnia.

W kraju działa zaledwie 13 spalarni zwłok. Ta najbliżej Bochni zlokalizowana jest na Śląsku. Bocheński zakład obsługiwałby zatem nie tylko teren powiatu, czy nawet Małopolski, ale także woj. podkarpackie czy świętokrzyskie. - To był kolejny argument przeciwko tej inwestycji - kończy Kazimierz Ścisło, przewodniczący Rady Miejskiej w Bochni.

Małgorzata Więcek-Cebulal